Zbór "Droga Zbawienia" (dawniej – "Ku Zbawieniu")

Świadectwa

Postawiłeś przede mną lustro – świadectwo Justyny Nosorowskiej

Tak, nadszedł czas na moje świadectwo, chociaż świadectw Twojej obecności w moim życiu jest dużo.
Zacznę jednym, ostatnim przemyśleniem sprzed chwili. Takie trochę opowiadanie, ale jednak z całą prawdą.

Boże zbudowałam wokół siebie mur
bo nikt nie nauczył mnie jak dobrze żyć
nie nauczył mnie miłości, bo chociaż kochałam, to chyba nigdy kochana nie byłam – a Ty dałeś mi syna, z którym mnie łączy miłość bezwarunkowa
przyjaźniłam się, chociaż nie wiem, czy przyjaciółką dobrą byłam przez swoje zranienia – a Ty dałeś mi przyjaciela, który jest zawsze ze mną od lat, chociaż jest daleko
Powoli kruszyłam mur zbudowany przez brak wsparcia, wyciągałam ręce, ale nie do tych, co trzeba, otwierałam serce, po to, by po zranieniu znów je zamknąć. Wpadałam w otchłań, walczyłam, żeby wydostać się na powierzchnię i bez sił znów spadałam na dno.
Ty Boże zawsze przy mnie byłeś. To nie tak, że ja Cię nie widziałam. Ale zawsze widziałam Ciebie kątem oka. Nigdy w centrum mojego widzenia i słyszenia.
Niedawno postawiłeś przede mną lustro. Bez żadnych smug, bez żadnych rys. I mnie, taką niedoskonałą w odbiciu. Spojrzałam na siebie, zapytałam Boże, to lustro jest takie doskonałe, a Ty mnie, taką lichą postawiłeś po to, aby tę doskonałość zaburzyć?
Powiedziałeś: spójrz na siebie, na swoje odbicie, na swoje oczy, usta, twarz. Co widzisz, gdy patrzysz na siebie przez swój pryzmat, przez pryzmat innych ludzi?
Spojrzałam i odwróciłam wzrok. Nie podobało mi się to odbicie. Takie krzywe, koślawe, szare. Chciałam uciec.
Ale Ty Boże zatrzymałeś mnie i powiedziałeś. To lustro, to moje oczy. Spójrz na siebie teraz.
Spojrzałam i zobaczyłam kolory i zapachy, miłość, spokój, roziskrzone oczy, uśmiechnięte usta.
Bóg mi powiedział: cokolwiek się dzieje w Twoim życiu, bądź przy mnie. Nigdy więcej nie stracisz na odbiciu, bo teraz przeglądasz się w moich oczach, jesteś moim Dzieckiem i nigdy Cię nie opuszczę, tylko zaufaj.
Jeśli będziesz się bać, jeśli będą burze, trwaj przy mnie

Dziękuję Ci Boże za tę obietnicę.

Nie opuszczasz tych, którzy o Tobie zapominają – świadectwo Grażyny Dawidowicz.

https://www.facebook.com/DrogaZbawienia/videos/311655597920923

Służba Bogu – świadectwo Janusza

Chciałbym opowiedzieć krótko o tym, jak Bóg używa czasem nas zwykłych, prostych ludzi do pomocy innym. Mam na imię Janusz jestem członkiem Zboru „Droga Zbawienia” oraz pracownikiem i wolontariuszem Stowarzyszenia „Ku Dobrej Nadziei”, które funkcjonuje jako misja naszego Zboru.

Pewnego wieczoru oglądając telewizor włączyłem kanał TV Białystok. Emitowany był reportaż o rodzinie z Łap, w której, żona i matka trójki dzieci, z powodu błędu lekarzy w czasie zabiegu operacyjnego, doznała ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Wdała się sepsa. Pani Anna parę miesięcy leżała w śpiączce. Lekarze przygotowywali męża i dzieci na jej śmierć, nie dawali żadnych szans i nie robili nadziei. Przeżyła jednak niestety, zaczęły się następne komplikacje, które zakończyły się amputacją na część dłoni i obu stóp. Wdał się gronkowiec, co spowodowało niegojące się rany.

Mąż pani Anny opiekuje się nią jak dzieckiem, bo też takiej opieki wymaga. Oboje z żoną byliśmy wstrząśnięci. Od pierwszego momentu rozpoznałem tą rodzinę. W Stowarzyszeniu zajmuję się wraz z siostrą w Chrystusie Alą, wydawaniem żywności. Jest to regularna służba rozprowadzania żywności wśród potrzebujących, którą stowarzyszenie KDN otrzymuje z Banku Żywności. Pamiętam tych ludzi, z czasów, gdy odbierali od nas żywność. Uśmiechnięci, dowcipni, szczęśliwi, a przede wszystkim wszyscy zdrowi. Dzisiaj mąż zrozpaczony z wielką troską zajmujący się żoną. Ona wymęczona cierpieniem, bólem fizycznym i równie zrozpaczona. Oboje płaczą prosząc o pomoc w zbudowaniu podjazdu. Bóg bardzo mocno poruszył moje serce. Pomyślałem sobie: przecież to są nasi podopieczni, musimy im jakoś pomóc. Przez całą noc nie zmrużyłem oka, nie przestając o nich myśleć, oddawałem ich Bogu w modlitwie i prosiłem Pana o wsparcie.

Następnego dnia, była to niedziela, na nabożeństwie opowiedziałem bratu Leszkowi, co Bóg położył mi na sercu i ,,machina ruszyła”. Moc Jezusa Chrystusa uruchomiła w naszych sercach najczulsze struny miłości i chęci niesienia pomocy. Akcja pomocy „rozkręciła się” na dobre. Całe nasze stowarzyszenie wraz z członkami naszego zboru zaangażowało się w pomoc tej rodzinie. Zaczęliśmy się gorąco modlić o uzdrowienie i nawrócenie tych ludzi. Wsparliśmy ich duchowo i materialnie. Przywiozłem ich na nasze nabożeństwo niedzielne, a na następne przyjechali już sami. Podarowaliśmy Pismo Święte, które czytają. Często ich odwiedzam sam, żoną lub z którymś z braci. W chwili obecnej trwa akcja mająca na celu zbudowanie podjazdu na wózek inwalidzki przy ich domu. Zaangażowanych w to jest wielu z nas. Potrzebny jest architekt i materiały budowlane. W naszym działaniu prowadzimy wiele niekiedy bezskutecznych, ale też dzięki Bogu i owocnych rozmów z urzędnikami. Podczas mojego chodzenia z Jezusem, Pan położył mi na sercu pragnienie zaopiekowania się rodziną szczególnie potrzebującą. Dzięki łasce Bożej pomagam ludziom. Taka służba jest udziałem wielu z nas. Bardzo raduje mnie fakt , że państwo Łapińscy, którzy na początku naszej współpracy z nimi dziękowali nam ludziom za wsparcie, teraz swoje podziękowania kierują do Boga. Zaczęli rozumieć, w czyich rękach tak naprawdę leży los każdego człowieka.

Cieszę się, że tamtego wieczoru włączyłem telewizor. Wiem, że jeśli Bóg postanowi kogokolwiek z nas użyć, to zrobi to nawet przez telewizor. Osobiście dziękuję Panu za to, że mogliśmy być świadectwem dla tych ludzi i służyć na Chwałę Pana. Po raz kolejny okazało się, jak jesteśmy zgraną, pełną wzajemnego wsparcia i chęci wspólnego działania w wypełnianiu Bożej woli duchową rodziną. Dziękuję Bogu za wszystkich braci i siostry w Chrystusie i proszę wszystkich o pamięć w modlitwie o rodzinę Łapińskich i o serce każdego z nas.

(Więcej o sytuacji Państwa Łapińskich można dowiedzieć się TUTAJ oraz na Fcebooku Stowarzyszenia „Ku Dobrej Nadziei”).

Janusz

——————————————————————————————-


Bóg w moim życiu – świadectwo Ewy

Pochodzę z rodziny prawosławnej. Moja mama zabierała mnie i moją siostrę na nabożeństwa do cerkwi. Niewiele rozumiałam z tego, co mówiono. Słyszałam tylko wyrazy, które przelatywały obok. Nie rozumiałam słów o Bogu. Nie znałam Go.
Jako osoba dorosła wyszłam za mąż. Mój mąż także był prawosławny. Małżeństwo trwało krótko i burzliwie. Nie opierało się na miłości ani przyjaźni. Zakończyło się dość szybko. Pragnęłam jednak bliskiej osoby obok siebie. Poznałam mężczyznę, który nie wierzył w Boga. Przeciwnie, był Jego zaciekłym wrogiem. Znów, mimo nadziei na lepsze życie we dwoje, związek opierał się na kłótniach i awanturach. Nie brakowało też alkoholu. Po jednej z awantur wyszłam do koleżanki, aby ochłonąć. Kiedy wróciłam, okazało się, że nie mogę się dostać do domu. Drzwi były zamknięte, a ja nie miałam kluczy. Wezwałam policję, która nie okazała się zbyt pomocna w dostaniu się do domu. Nie miałam gdzie się podziać. W desperacji powiedziałam policjantom, aby zawieźli mnie byle gdzie.
Tak trafiłam na Żelazną, do ośrodka prowadzonego przez Stowarzyszenie „Ku Dobrej Nadziei”, gdzie spotkałam Janusza. Całą noc rozmawialiśmy. On mówił mi o Bogu. Patrzyłam na niego podejrzliwie. Obawiałam się, że jest świadkiem Jehowy. Oni tak dużo mówią o swojej wierze. Janusz opowiadał o Bogu, jak o swoim najlepszym przyjacielu, na którego może liczyć, którego nawet nie znałam. Wtedy wydawało mi się to dziwne, jednak zostałam tam. Zaczęłam chodzić na grupki i nabożeństwa organizowane przez Kościół Chrześcijan Baptystów (zbór „Droga Zbawienia, który teraz jest tez i moją duchową rodziną) . Z ciekawością obserwowałam innych wierzących. Z czasem pojawiała się u mnie nuta zazdrości, kiedy patrzyłam, z jaką pokorą i radością żyją z Bogiem na co dzień. Rozmawiałam z pastorem Marcinem, że chciałabym tak, ale mimo chęci, wciąż czułam się jak za szkłem i moja wyciągnięta ręka w stronę Boga, nadal wyczuwała opór. Samo myślenie o zmianie nie daje rezultatów. Tego trzeba chcieć całym sobą. Inaczej się nie uda.
Któregoś razu na Żelazną ktoś przywiózł książki o różnej tematyce: bajki, kryminały, opowiadania. Było ich bardzo dużo. Leżały na stołach, krzesłach, podłodze. Wtedy wydawało mi się, że to zbieg okoliczności. Dziś wiem, że to Bóg zadziałał. Sięgnęłam po jedną z licznych i mój wzrok padł na napis: Musisz się narodzić na nowo. Odskoczyłam jak oparzona i zbiegłam do kuchni. Chodziłam bez sensu wokół stołu. Nagle poraziła mnie myśl: zaraz mi ktoś tę książkę zabierze. Wbiegłam po schodach i chwyciłam ją. Pastor powiedział mi: czytaj to Ewa, to jest dobre. Otworzyłam ją i poczułam się inaczej. Zadawałam sobie pytania i szukałam na nie odpowiedzi. Zmieniałam się w środku, zmieniało się moje myślenie. Zrozumiałam, że żeby narodzić się na nowo, należy pozamykać stare sprawy. Nie zawsze przyjemne, czasem nawet takie, które mnie przerastały psychicznie. Nie było innego wyjścia. Miałam do załatwienia sprawę, której się obawiałam. Poszłam do urzędu i modliłam się: Boże pomóż mi, bo jak Ty mi nie pomożesz, to koniec. Nic tego nie będzie. Za chwilę zaś mówiłam sobie: No tak, bo Bóg nie ma nic innego do roboty, jak tylko załatwiać twoje sprawy. I znów za chwilę modliłam się o pomoc boską. Weszłam do biura. Spotkanie przebiegło pomyślnie i bezboleśnie. Wyszłam spokojna, oczyszczona, z załatwioną sprawą. Niepokój zostawiłam za sobą. Rozglądałam się wokół siebie. Mimo, że słońce świeciło tak samo, jak wcześniej, mimo tego, że przechodzili wokół mnie ludzie jak zwykle, to czułam, że był przy mnie Bóg. Tak, jakby mgła wokół mnie, cienie, zniknęły, a ja widziałam świat w czystych i jasnych kolorach. Nie wiem, jak to określić. Czułam się lekko, świetliście. Płakałam przez pół drogi i pojawiała się myśl: Czemu zwątpiłaś, że Bóg ci nie pomoże. Nie oznacza to jednak, że kłopoty się skończyły. Przeciwnie. Ale wiedziałam już, że nie jestem sama.
Teraz gdy budzę się, to nie planuję co mam do zrobienia, ale myślę, o tym, kogo powinnam przeprosić (jestem dość nerwowa i ciągle się do Boga modlę, żeby opanował moje nerwy). I myślę, że coraz więcej panuję nad sobą. Bardzo znamienną dla mnie była sytuacja, kiedy pieliłam trawnik. Byłam zła na jedną osobę. Obraziłam się na nią i nie chciałam z nią rozmawiać. Kiedy pieliłam, poczułam ból w ręce. Uraził mnie cierń krzaka. Kiedyś to pewnie rzuciłabym ze złością narzędzia i poszłabym sobie. Teraz jednak, gdy zobaczyłam te ciernie pomyślałam sobie, że takie ciernie miał na głowie Chrystus, który cierpiał za moje grzechy w swojej niewinności, a ja się złoszczę na człowieka. On cierpiał przez swoich oprawców i modlił się za nich. Usłyszałam wręcz takie pytanie, jakby to sam Bóg do mnie mówił. Przeprosiłam go z pokorą. A z tym człowiekiem potem rozmawiałam.
Nie boję się teraz sytuacji przykrych, bo wiem, że Bóg jest przy mnie. Szłam do szpitala na zabieg. Bałam się bólu i tych narzędzi, których mieli użyć lekarze. Modliłam się do Boga, aby zabrał mi strach. Strach przeszedł, przyszła zaś pewność, że nie będzie źle i wytrzymam. Teraz nie boję się bo wiem, że jest ze mną.
Moim marzeniem jest, aby każdy człowiek, który nie zna Pana, aby Go poznał. Bogactwo bowiem nie polega na tym, co się ma, ale na obecności Boga w sercu. Tej wartości nikt i nic nie odbierze.
Chwała Panu. Amen.